Bodo-musical to muzyczne przedstawienie, które wykorzystuje fakty biograficzne jednego z najpopularniejszych gwiazd okresu międzywojnia. W stworzonym przez Danutę i Lecha Kujawińskich oraz Dariusza Taraszkiewicza scenariuszu można odszukać przede wszystkim najpopularniejsze piosenki z repertuaru Bodo. Zamiarem autorów było pokazanie również słabszych stron bycia „celebrytą” w okresie okresu dwudziestolecia międzywojennego. W spektaklu zawarte jest rozwiązanie zagadki tajemniczej śmierci artysty. Eugeniusza Bodo zagra Dariusz Kordek, aktor z artystycznym życiorysem przypominającym losy pierwowzoru (teatr, musical, film). Obok niego sześcioro utalentowanych tancerzy, którzy wystąpią w choreografii Agnieszki Brańskiej, zaśpiewają i wykonują zadania aktorskie. - Chciałbym, żeby poza dostarczeniem rozrywki, nasz spektakl niósł przestrogę - nigdy nie wiemy, co czeka nas jutro. Dbajmy i doceniajmy „dziś”, i jeżeli jest ono spokojne, za wszelką cenę próbujmy ten stan utrzymać – dodaje Taraszkiewicz.

Ogólnopolska prapremiera odbyła się 13 lutego 2016 roku w rawickim Domu Kultury. Główną rolę w przedstawianiu zagrał Dariusz Kordek znany z ról w filmach m.in. Młode wilki, Sztos, Poranek Kojota czy 1920 Bitwa warszawska. Na małym ekranie aktor wystąpił m. in. w Lekarzach, Prawie Agaty, Komisarz Alex czy Na dobre i na złe. – Udało nam się zaangażować pierwszoplanowych aktorów, z czego się bardzo cieszę. Jako dyrektor Domu Kultury w mieście, które jest stosunkowo niewielkie do Warszawy, Wrocławia czy Poznania, wziąłem sobie za cel pokazanie, że takie miasta jak Rawicz mają ogromny potencjał kulturalny i mogą zrobić rzeczy nie tylko regionalne, ale i ogólnopolskie. Stąd decyzja, że Dom Kultury będzie producentem musicalu, który, mam nadzieję, będzie cieszył się popularnością na scenach w wielu polskich miastach - mówi Dariusz Taraszkiewicz, dyrektor Domu Kultury w Rawiczu, aktor i reżyser, spod którego ręki wyszły takie spektakle teatralne jak „Oskar i Pani Róża” w Teatrze ARKA we Wrocławiu, „Listy miłosne” w Teatrze radiowym, „Zamknięty świat” w warszawskim Teatrze Kamienica czy „Pippi” musical w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Taraszkiewicz zagrał także kilkadziesiąt ról teatralnych i kilka filmowych.

Monodram w wykonaniu Piotra Bigory (reż. Dariusz Taraszkiewicz, muz. Krzysztof Matysiak). Spektakl łączy słowo, dźwięk, ruch. Przedstawienie traktuje o muzyce ale bez muzyki. To świat dźwięków przetworzonych, spreparowanych, tworzonych „na żywo” w trakcie spektaklu, które dialogują z jednym z głównych bohaterów, przywołują wspomnienia, stają się pretekstem do snucia opowieści o spotkaniu i życiu dwóch ludzi. Opowieść, która w naszym przedstawieniu nie ma czasoprzestrzeni, mimo że w tekście padają konkretne daty. Wszystko dzieje się na pustej scenie, bez rekwizytów. Jedynym sprzętem jest skrzynia, na której siedzi jeden z bohaterów. Snuje on opowieść o swoim największym przyjacielu – wspaniałym muzyku – drugiej wiodącej w spektaklu postaci.

Problem Novecenta dotyczy każdego z nas w każdym momencie życia. Wszyscy mamy swój „parowiec Virginian” – świat, gdzie się chronimy. Jednocześnie próbuje dokonać rozliczenia z własnym życiem, spojrzeć na siebie przez pryzmat wydarzeń z przeszłości. To także próba zmierzenia się z własnymi lękami, słabościami. Każdy ma swój świat, gdzie się chroni, który niechętnie opuszcza. Dotyczyć to może twórcy, który ucieka do swojej pracowni, teatru, studia, ale także każdego innego człowieka. Bo tam czujemy się najlepiej, najbezpieczniej. To jest nasz intymny, własny świat, który nas ratuje, w którym chcemy zostać do końca, bez względu na konsekwencje. Tylko tam możemy opanować lęki, strachy, obsesje, które nas dręczą. Tylko tam możemy być do końca sobą. To również opowieść o wolności, możliwości dokonywania wyborów. Próba spojrzenia na życie z kilku perspektyw. Każda z nich daje inny ogląd rzeczywistości. Czy prawdziwy? Trudno jednoznacznie ocenić. Jest to spektakl o sztuce - czym jest dla każdego z nas? Ratunkiem, czy katastrofą? To opowieść o tym, jaką cenę płaci się za bycie artystą. O tym jak trudno wyrwać się z własnych lęków, słabości. Jak chętnie uciekamy na swój „parowiec Virginian”, by się tam schronić przed nieprzewidywalnością losu. Czy w ogóle można przed tym uciec? Czy można uciec przed przeznaczeniem? Czy to, co robimy, nasze pasje są wybawieniem, czy zatraceniem? Jak często jesteśmy bezradni w obliczu zagrożenia? Co zrobić z tym co nieosiągalne, co przemija? Próbować za wszelką cenę zatrzymać w pamięci, w sercu, czy pozwolić odejść?